Kamienny Jan z Radymna

 

            Kamienne popiersie brodatego mężczyzny, ustawione opodal Urzędu Miasta i Gminy w Radymnie, spogląda na szosę E–40. Któż to taki? – zastanawiają się niektórzy, przejeżdżający szosą, kierowcy. Mieszkańcy miasta wykazują nieco większą orientację. To pomnik Jana Zachariasiewicza, popularnego niegdyś pisarza, urodzonego w Radymnie, w 1823 roku. Dziś nieco zapomnianego.

            Miał burzliwą młodość. Pochodził z zamożnej, mieszczańskiej rodziny. Kształcił się w Przemyślu, gdzie należał do organizacji „Synowie Ojczyzny”. Posądzony niesłusznie o udział w zamachu na komendanta policji, został w 1840 roku aresztowany i osadzony w twierdzy w Spielbergu. Zwolniony w 1844 roku, zamieszkał we Lwowie, gdzie związał się ze środowiskiem dziennikarzy i literatów. Był m.in. współredaktorem czasopisma „Postęp” – jednego z najradykalniejszych w czasie Wiosny Ludów, a później „Tygodnika Polskiego”.

            Przez całe życie utrzymywał kontakt z rodzinnym Radymnem. Miał tu dom i kawałek ziemi, na którym gospodarowała jego siostra. Często przyjeżdżał do rodzinnego miasta, zazwyczaj na krótki, kilkudniowy wypoczynek. Zmarł w 1906 roku w Krzywczy.

            Był bardzo płodnym literatem. Napisał przeszło 60 książek, głównie powieści. Z czasem stał się dostarczycielem łatwej w odbiorze, rozrywkowej powieści obyczajowej z przyprawką morału. Bardzo często tłem jego powieści były stosunki panujące w Galicji, gdzie zyskał dużą popularność.

            Prezentowany niedawno na łamach „Pogranicza”, zamieszkały w Sanoku, znany poeta, Józef Szuber, jak się okazuje – potomek rodziny Zachariasiewicza, powiedział w którymś z wywiadów, iż jednym z rodzinnych powiedzeń było stwierdzenie, iż coś jest "nudne jak powieści wujka Janka". Widać, że potomkowie pisarza nie mieli do jego twórczości nabożnego stosunku.

            We współczesnych czasach książki Jana Zachariasiewicza wznawia się bardzo rzadko. W czasach schyłkowego już peerelu Radymno wystawiło mu jednak pomnik. I bardzo dobrze. Należał mu się za te kilkadziesiąt tomów.

 

„Pogranicze” 2000 nr 13 s. 9